Kategorie: Wszystkie | Eredivisie | Historia | Inne | Okiem skauta | Oranje | Przemyślenia
RSS
wtorek, 20 kwietnia 2010

Po fatalnych wynikach Wisły Kraków i Legii Warszawa, w obu klubach doszło do trzęsienia ziemi. Pracę stracili: Maciej Skorża i Jan Urban. W ich miejsce zostali zatrudnieni: Henryk Kasperczak i Stefan Białas. Młoda, perspektywiczna myśl szkoleniowa została zatem wyparta przez rutyniarzy. Obaj trenerzy już niegdyś prowadzili swoje kluby z bardzo dobrym skutkiem. Władze Wisły i Legii postanowiły ponownie dać szansę sprawdzonym szkoleniowcom. Czy ich doświadczenie okaże się kluczowe w walce o tytuł?

-Doświadczenie jest  jednym z ważniejszych elementów, ale nie jest kluczowe. Każdy trener ma metody, które stosuje. Czasem wychodzi to lepiej, innym razem gorzej. Żeby wszystko działało jak należy trzeba znaleźć proporcje pomiędzy przygotowaniem zespołu, a kontaktem z zawodnikami. Problemem może być także równowaga psychofizyczna piłkarzy. Na pozytywne efekty potrzeba po prostu czasu i doświadczenie trenera w tym wypadku nie ma większego znaczenia - tak uważa Bogusław Kaczmarek.

Stefan Białas powiedział kiedyś, że trener po 60 powinien szykować się do emerytury. Jak widać 62-letni szkoleniowiec diametralnie zmienił swoje zdanie, dostając kolejną szansę od Legii. Sytuacja Białasa jest jednak wyjątkowo niewdzięczna. Na poprawę gry warszawskiej drużyny będzie miał niecałe 100 dni.

- Ciężko określić czy wymiana szkoleniowca w takim momencie poprawi grę Legii. Budowanie drużyny to okres długofalowy. Ja prywatnie jestem przeciwny zmianom w takich momentach. Doświadczenie zawsze jest ogromnym atutem, ale trener jest jak lekarz. Jeśli nagle zostanie zmieniony, nigdy nie wiadomo jakie mogą być tego skutki - zaznacza ekspert piłkarski Jerzy Engel.

Podobnego zdania jest Bogusław Kaczmarek. Według Bobo jedynie problemy wewnątrz klubu mają wielki wpływ na obecną dyspozycję Legionistów.

- Atmosfera w Legii nie jest najlepsza. Zmiana trenera nastąpiła w złym momencie. Budowanie drużyny to żmudny proces i efekt nowej miotły tutaj nie pomoże. W Legii największe problemy chowane są pod dywan i trener nie ma na to wpływu - zauważa Bogusław Kaczmarek.

Równie ciężka próba czeka Henryka Kasperczaka. Szkoleniowiec Wisły jest kojarzony z największymi sukcesami Białej Gwiazdy w ostatniej dekadzie. Bogusław Cupiał puścił w niepamięć dawne czasy, w których Henri domagał się finansowego odszkodowania od Białej Gwiazdy. Właściciel Wisły zdaje sobie sprawę, że stary-nowy trener jest w stanie odmienić oblicze krakowskiego zespołu. Już kiedyś to udowodnił, gdy jego Wisła bez kompleksów grała w Pucharze UEFA.

- Kasperczak to bardzo dobry trener. Poza wpadką z Górnikiem Zabrze nie można mieć do niego zarzutów. Drużyny pod jego wodzą prezentują się bardzo dobrze, ale wszystko jest zależne od czasu. Jeśli go nie ma, nikt w tak krótkim okresie nie zbuduje drużyny, co widać po ostatnich wynikach - powiedział Bogusław Kaczmarek.

W futbolu ciągle coś się zmienia, ale prochu już nikt nie wymyśli. Młoda myśl szkoleniowa nie wyprze starej, bo ciągle bazuje na jej pomysłach, zauważył Andrzej Strejlau.

- Każda metoda nowoczesna opiera się na starych. W futbol gra się od lat. Różnicą jest to, że ludzie widzą problemy inaczej. W Polsce mamy do czynienia z trenerskim krążeniem. W piłce zmieniają się umowy, priorytety i to klub musi wiedzieć co jest dla niego najlepsze - wyznał były selekcjoner reprezentacji Polski.

Tak bywało w historii

Historia niejednokrotnie udowodniła, że trenerzy z wielkim bagażem doświadczeń częściej odnoszą spektakularne sukcesy. Analizując Mistrzostwa Świata znajdziemy wielu starszych selekcjonerów, którzy dzięki swojej bogatej wiedzy sięgali po złoto (w nawiasach wiek w którym zdobywali tytuł): Marcello Lippi (58), Aaime Jacquet (57), Enzo Bearzot (55), Helmut Schön (59), Josep Herberger (57) , Aymore Moreira (50), Carlos Alberto Gomes Parreira (51). Co ciekawe w pierwszym mundialu, rozegranym w 1930 roku w Urugwaju triumf osiągnął Alberto Horacio Suppici. Trener gospodarzy turnieju miał zaledwie 32 lata, a więc był to wiek, w którym można z powodzeniem występować na boisku.

Przykładem szkoleniowca, który umiejętnie wykorzystał swoje ogromne doświadczenie jest Luis Aragones. 72-letni obecnie selekcjoner w mistrzostwach Europy w Austrii i Szwajcarii był najstarszym trenerem na turnieju. Jego drużyna osiągnęła historyczny sukces, wygrywając tytuł. Aragones zawsze był uważany za solidnego fachowca, ale w karierze często nie radził sobie z nerwami. W 1986 roku niewiele brakowało, aby Hiszpan pożegnał się z futbolem, ponieważ zapadł na chorobę psychiczną. Mimo ciężkiego stanu zdrowia zdołał to przezwyciężyć i wrócić do piłki. W środowisku piłkarskim jest doskonałym przykładem szkoleniowca, który potrafił się odbudować i w pełni wykorzystać swoje ogromne doświadczenie.

Idealną reaktywację trenerską przeżył także jest Louis van Gaal. Holender zasłynął sukcesami z Ajaksem Amsterdam, wygrywając w wielkim stylu Ligę Mistrzów w 1995 roku. Był uważany za cudotwórcę i rewolucjonistę, który wszystko zapisywał w notesie, a piłkarzy traktował jak numerki biegające po boisku. Ta etykietka, wybitnego fachowca szybko jednak została zdarta, po wielkich wpadkach z reprezentacją Holandii i FC Barceloną. Van Gaal po kilku latach potępienia postanowił odbudować swoje nazwisko, przyjmując ofertę  z AZ Alkmaar. Z klubem, który w Holandii był w cieniu największych, Van Gaal zdobył mistrzostwo w pięknym stylu. Po tym sukcesie Holender otrzymał propozycję poprowadzenia Bayernu Monachium, którą bez wahania przyjął. Bawarczycy etapami realizują filozofię gry holenderskiego szkoleniowca z bardzo dobrym skutkiem. W Holandii Van Gaal uważany jest za trenera nieprzewidywalnego i bardzo doświadczonego. Jako człowiek jest jednak osobą ekstremalną. Gdy kiedyś poproszono go o wpłatę na fundację charytatywną powiedział, że 20 tysięcy euro nic nie zmieni. Zadzwonił do znajomych i zebrał dwa miliony euro. Van Gaal ciągle eksperymentuje zarówno w życiu jak i trenerskim fachu. Wyznaje żelazne zasady i uważa, że komunikacja i wzajemne zrozumienie jest kluczem do sukcesu. Poprzez takie zabiegi zyskuje ogromne doświadczenie, dzięki któremu ciągle pozostaje w gronie najlepszych.

Z holenderskiej szkoły szkoleniowiej Polacy najbardziej pamiętają Leo Benhakkera. Po wspaniały sukcesie, jakim był pierwszy w historii awans Biało-Czerwonych do mistrzostw Europy nikt nie przypuszczał, że Don Leo dozna niedługo po tym wielkiej klęski. 45 letnie doświadczenie w pracy trenerskiej budzi podziw. Beenhakker kompletnie sobie jednak nie poradził podczas eliminacji do mundialu w RPA. Polacy pod jego przewodnictwem zajęli przedostatnie miejsce w grupie, a Holender zamiast skupić się na prowadzeniu kadry, częściej wdawał się w konflikty z mediami.

W Polsce jest nadzieja

Na polskim rynku również nie brakuje trenerów, którzy z upływem lat nie stracili zapału do pracy. Jednym ze znakomitych przykładów jest Orest Lenczyk, który od lat trzyma wysoki poziom. Obecny szkoleniowiec Cracovii w roli trenera występuje już ponad 30 lat. Mimo ciągłych zmian futbolowych trendów, rozwoju taktyki Lenczyk radzi sobie znakomicie. Równie dobrą renomą cieszy się Paweł Janas. W ostatnim czasie jest kojarzony głównie z nieudanymi dla Polski mistrzostwami świata. W Widzewie udowodnił jednak, że ciągle potrafi się realizować na ławce trenerskiej.

Mimo iż w piłce doświadczenie pozostaje bardzo ważnym atutem coraz więcej pojawia się młodych trenerów z nowym podejściem do warsztatu szkoleniowego. W Polsce za najbardziej utalentowanego szkoleniowca uważa się Macieja Skorżę. Były już opiekun Wisły może pochwalić się w Pucharem Polski oraz Pucharem Ekstraklasy wywalczonym z Groclinem Grodzisk Wielkopolski. W swoim dorobku Skorża posiada także dwa tytuły mistrzowksie z Wisłą, a także pracę w roli asystenta selekcjonera Pawła Jansa. Kolejnym takim trenerem jest Rafał Ulatowski. Jego praca u boku Leo Benhakkera pozwoliła mu objąć samodzielną funkcję szkoleniowca w GKS Bełchatów. Dodatkowo Ulatowski może się pochwalić stażem w trzech znanych europejskich klubach: Chelsea Londyn, Glasgow Rangers i Tottenham Hotspur. W wywiadzie udzielonym serwisowi futbol.net na pytanie czy nowe metody mogą wyprzeć doświadczenie i rutynę odpowiedział:

- Nie chcę być postrzegany jako trener młodego pokolenia, a kogoś innego nie chcę szufladkować jako trenera starszego pokolenia. Dla mnie w piłce nożnej liczy się pasja, entuzjazm i wiedza. Bardzo szanuję trenerów, którzy jak Luis Aragones, Alex Ferguson czy Leo Beenhakker, odnoszą sukcesy na boisku będąc w jesieni swojego życia. Na drugim biegunie znajduj się oczywiście Pep Guardiola, zatem nie jest ważne, kto ile ma lat, ale ważne, że wszyscy oni odnoszą sukcesy i są szanowani przez swoich zawodników.

W Wiśle i Legii potrzeba trenerów z charakterem. Ostatnie występ(ki) piłkarzy obu drużyn zmusiły klubowe władze do poszukania takiej alternatywy. Wydaje się, że Kasperczak i Białas są takimi ludźmi, ale przęjeli zespoły w bardzo trudnych momentach. Na wszystkie efekty potrzeba jednak czasu, a przede wszystkim zaangażowania samych zawodników. Futbol najczęściej pokazywał, że ogromny bagaż doświadczeń to dodatkowy atut. Kiedyś sławny pisarz Emil Cioran pokusił się o stwierdzenie: “Sukces nie zawsze ciągnie za sobą drugi sukces. Za porażką w ślad idzie następna. Przeznaczenie ma sens jedynie w nieszczęściu”. Idąc tym tropem myślowym, to tak na razie wyglądają spektakularne powroty Białasa i Kasperczaka. Do tej pory zawodnicy zarówno Wisły jak i Legii robią wszystko, aby nie oszukać przeznaczenia.

Tagi: Polska
22:01, mike868 , Inne
Link Komentarze (5) »
wtorek, 16 marca 2010

Kolejny tekst z cyklu "Głos Abderyty", autorstwa byłego kolegi redakcyjnego z Eredivisie.pl Tomasza Weinerta.


PSV Eindhoven jeszcze nie tak dawno temu mogło się cieszyć prowadzeniem w lidze. Boeren posiadali dziewięć punktów przewagi nad Ajaksem, więc wszystko szło po myśli. Od pewnego czasu w szeregach PSV dzieje się jednak mnóstwo złego. Philipsiaki oddały do krainy wódką płynącą Danko Lazovicia, zawodnika którego nigdy specjalnie nie ceniłem, ale jednak podstawowego kopacza zespołu Ruttena. Nie pstryknęło tradycyjnie już niemal w Bredzie, nie pstryknęło u siebie z wielce potężną Spartą. To, co stało się wczoraj na ArenA dało świadectwo o aktualnej formie PSV. 

Toivonen robiący wszystko, żeby tylko nie strzelić bramki (ze świetnym zresztą skutkiem). Węgier o trudnym do napisania nazwisku, za wszelką cenę chcący udowodnić, że fajnie czasem pokazywać się tylko i wyłącznie przy okazji rzutów wolnych czy egzekwowania jedenastek. Amrabat i Engelaar bawiący się w Świętego Mikołaja, w okolicach swojej szesnastki. Manolev nie potrafiący trzymać nóg razem. Bakkal z Afellayem zajmujący się bardziej swoimi łokciami niż grą w piłkę. 

Rutten, czegokolwiek by nie mówił przed spotkaniem, czy po nim, w Amsterdamie dał się po prostu taktycznie zjeść i nie zmieni tego nawet niezła pierwsza połowa. Dość powiedzieć, że Anita wyglądał na tle rywala jak bardzo dobry lewy obrońca (!). Sądzę, że w konfrontacji z Amrabatem świetnie wypadłby nawet Oleguer czy Wielaert. Ktoś powie, że podopieczni Shreka są w zajebistej formie… bla bla bla. Wszystko fajnie, tylko że na moje w niedzielę Ajax nie był wcale rewelacyjny. Był dobry, ale niewiele więcej. Ekipa chcąca walczyć o mistrza powinna coś więcej pokazać. Jeżeli w następnej kolejce Boeren równie spektakularnie zagrają z Twente? 1:0, Ruiz 90'? Enschede… Ostatecznie uznam, że z Ruttena słaby elektryk, który długo potrafił efektownie wykorzystać wszystkie swoje przewody, tranzystory i inne scalenia, ale w kluczowym momencie zrobił zwarcie i wszystko pójdzie z „dymem”. 

Tak czy siak, to PSV prezentuje się obecnie najsłabiej z trójki koni liczących się w wyścigu do mety z napisem – Kampioen. Nawet jeśli żydowskiego ogiera wyprzedza jeszcze o włos. Fred zapewne i tak zostanie na swoim stanowisku. W przyszłym sezonie pewnie wyciągnie  wnioski i poziom ligi się podniesie. Jestem naiwny? E tam... 

wtorek, 09 marca 2010

Dajcie mu trochę miejsca, a w pojedynkę rozstrzygnie losy spotkania. Luis Suarez pełni w Ajaksie Amsterdam rolę wolnego elektrona. Urugwajczyk posiada swój własny patent na futbol. Dla jednych chaotyczny, dla drugich zjawiskowy, ale zazwyczaj efektywny. Czym jest Luis dla Ajaksu dobitnie pokazuje obecny sezon Eredivisie. Czym jest Ajax bez Suareza? …  Aż strach pomyśleć.

Popularny El Pistolero zgodnie ze swoimi rodowymi korzeniami zawsze na boisku wyzwalał temperament południowców. Na swojej głowie nie raz poczuł ostrze gilotyny, kiedy po feralnych próbach zaistnienia spadała na niego masa krytyki. Obecnie snajper Joden to całkiem inny piłkarz. To wszystko zasługa Martina Jola, który w pełni wykorzystał potencjał byłego gracza Groningen. Szkoleniowiec Ajaksu ukształtował Suareza, odcinając go od medialnego zgiełku. Luis nie jest już piłkarzem, który po kolejnych kolejkach Eredivisie tonie w krytycznym bagnie. Teatralne popisy w polu karnym i multum niewykorzystywanych sytuacji, to już nie wizytówka Urugwajczyka. Obecnie ten zawodnik to przykład elastycznego balansu błyskotliwości z finezją. Nic dziwnego, że po sezonie El Pistolero pewnie znajdzie zatrudnienie na wyższym szczeblu.

W Ajaksie coraz dłużej trwa stagnacja sportowa. Brak sukcesów, pieniędzy, a także słabe efekty osławionej pracy z młodzieżą. Oczywiście Joden dalej czerpią ze swoich kultowych rozwiązań. Na napływ uzdolnionych piłkarzy w klubie nie można narzekać. Co z tego jeśli z biegiem czasu popularna szlifiernia pozostawia coraz więcej rys po swojej pracy. Polityka diametralnie się zmienia. Chęć dotrzymania kroku futbolowym trendom doprowadziła Ajax do kłopotów finansowych. Jedynym pozytywem z ostatnich wojaży na rynku transferowym jest właśnie Suarez. Piłkarz, który ciągnie ociężałą lokomotywę o dumnie brzmiącej nazwie. Pytanie tylko jednak, jak długo będzie chciał nosić na swoich plecach zbędny balast jednoosobowego zbawiciela. Być może mankamenty sportowe w Amsterdamie powetuje sobie przeprowadzką do Barcelony. W Dumie Katalonii zyska ze sportowego punktu widzenia, ale straci etykietkę futbolowego maga, która w Ajaksie niewątpliwie na nim ciąży.

Mocno trzymałem kciuki za Joden w pojedynku Ligi Europejskiej z Juventusem Turyn. Niby Stara Dama, która wypada traktować z należytym szacunkiem, ale grająca z wyraźną zadyszką, a momentami oddychająca pod respiratorem. Nawet ta marna forma i beznadziejna gra Juve nie przeszkodziła w pokonaniu bojowników z Amsterdamu, przed ich własną publicznością. Ajax przegrał na własne życzenie i ponownie pojawił się fenomen/syndrom Suareza. O ile Włosi mieli sporo szczęścia na Arenie, to w rewanżu zwyczajnie odbiegali swoje do końcowego gwizdka, notując spokojny awans. Tak miał wyglądać Ajax? Drużyna utożsamianie z piękną ofensywą piłką? Brak jednego ogniwa spowodował zwarcie  systemu, po którym reszta Joden zapomniała jak kopie się futbolówkę? O ile w poprzednim sezonie sztampowa postawa podopiecznych Marco van Bastena zawalczyła na całego i była bliska celu, to motywacja piłkarzy Jola mocno mnie rozczarowała.

Suarez to nie tylko najjaśniejszy punkt Holendrów. Jak na lidera przystało Urugwajczyk wkłada w swoją pracę mnóstwo serca i zaangażowania. Mimo iż ostrzy na niego zęby prawie całą futbolowa śmietanka, Luis pamięta kto dał mu przepustkę do sławy. Suarez nie przejmuje się miernotą, która niestety często prezentuje Ajax. Chce się rozwijać, ale nie robi tego nachalnie. Ma motywację, aby dalej kopać w Ajaksie i nawet setny gol zaaplikowany outsiderom z Waalwijk sprawia mu ogromną radość. Jako jeden z nielicznych pozwoli klubowi zainkasować spore pieniądze za swój transfer, bowiem El Pistolero nieoczekiwanie przedłużył kontrakt do 2013 roku. Napastnik Joden rozegrał też ważną role w transferze Lodeiro. Mimo korzystniejszych warunków jakie proponowało AZ Alkmaar 'urugwajski Messi' wybrał w ostatniej chwili Ajax. Zmiana decyzji to zasługa Suareza, który po raz kolejny podkreślił swoją wdzięczność dla klubu. Jego działania niejednokrotnie przebijają obietnicę i zabobony szefostwa Joden. Suarez nie spekuluje, nie zapesza. On po prostu spłaca swój dług wdzięczności przy nadarzających się okazjach, co jak na razie wychodzi mu doskonale. Nic dziwnego, że Jol poddał go procesowi metamorfozy. Odnajdując jego potencjał i doceniając zasługi z niesfornego chłopaka uczynił go przykładnym kapitanem.

Co roku harmider wokół Ajaksu osiąga ogromne natężenie. Wieczni faworyci z nowym pomysłem na upragniony sukces. Włodarze Joden ciągle próbują zaspokoić apetyty niecierpliwych fanów serwując naciągane hity z odpadków Primera Division. Tacy gracze jak: Juanfran, Roger, Oleguer, Urzaiz czy Luque z chęcią przed emeryturą wzbogacą swoje piłkarskie CV o Ajax. Klub, który do niedawna budził respekt, a obecnie raczej politowanie. Dziwnym trafem Riera nie trafił do Amsterdamu, choć  był już po słowie z włodarzami Joden. Sam Aragones odradził mu taki ruchu, co tylko świadczy o opinii, jaką generuje holenderska potęga w europejskim futbolu. Spoglądając na te czynniki żal mi Jola. Trener z niebanalnym talentem i z pomysłem na grę już niedługo będzie musiał po raz kolejny przechodzić przez amsterdamski cyrk. Tym razem nie zanotujemy wielu odpływów, bo zwyczajnie nie ma wielu wybitnych zawodników w składzie, ale daniem głównym będzie właśnie Suarez. Najważniejszy fundament, który po odejściu zawali całą budowlę. Naiwni kibice kolejny raz będą musieli wierzyć w progresywne tworzenie drużyny. Ileż jednak można obiecywać sobie sukces, ciągle tracąc wartościowych wykonawców.

 

Futbolowi multimilionerzy z dala trzymają się od rynku Eredivisie, który nie jest atrakcyjny marketingowo. Nawet sama marka Ajaksu nie jest łakomym kąskiem dla finansowych potentatów. Joden noszą ze sobą brzemię największej holenderskiej potęgi. Ostatnio jednak bardzo ona wyblakła, a same występ(ki)y futbolistów z Amsterdamu zmuszają do ciągłego układania puzzli.  Ciężko sądzić, aby Jol poradził sobie z tym zjawiskiem nie mając solidnego wsparcia w klubowych władzach. Chciałbym być optymistą, ale po ostatnich poczynaniach Joden nie zapowiada się na zmianę kierunku. Jak na razie w Amsterdamie wspierają się Suarezem, ale to tylko epizodyczny dryf w nieznane. Zakładając, że El Pistolero rozstrzela się już niedługo dla innego klubu, Holendrzy powrócą do etapu roboczego. Zatrważającym faktem jest narodzenie się pewnych stereotypów, a nawet wynaturzenia. To, że co drugi Ajacied nie utożsamia się z barwami klubowymi, jest już niestety powszechnym zjawiskiem. Właśnie dlatego warto podkreślić zasługi Suareza. Urugwajczyk nie musi kochać Holendrów, ani Ajaksu i nawet jeśli tego nie robi, to genialnie improwizuje. W tych brutalnych czasach dla drużyn z Kraju Tulipanów czasem nawet nić nadziei przysłoni przygnębiającą rzeczywistość.

poniedziałek, 08 marca 2010

Co pewien czas na blogu Pawła publikował będę, w ramach cyklu „Głos Abderyty”, luźniejsze teksty. Teksty, w których poprawność polityczna, wypieszczony język i podobne kwestie będą mniej istotne niż zwykle, niż na eredivisie.pl, gdzie jestem redaktoremTomasz Weinert.

Ja wiem, że mówiono o tym już milion razy, że smęcili na ten temat w Holandii chyba wszyscy, nawet polskie serwisy, ale ja też czuję potrzebę ponarzekania. Holendrzy znowu katastrofalnie dali w Europie ciała. Jak inaczej bowiem nazwać to, że ANI JEDNA drużyna z Kraju Skrętów nie dotarła choćby do 1/8 finału jakichkolwiek rozgrywek na Starym Kontynencie. Jest jeszcze gorzej niż było. Rok temu drewniany Ajax Van Bastena coś tam w UEFA podziałał, a teraz?

 

Obecnie ten sam Ajax, grający niby lepiej, z doświadczonym trenerem odpada z Ligi Europejskiej (po ciężką cholerę zmieniano nazwę – nie wiem; widać słaby ze mnie spec od marketingu) już w 1/16. Odpada w tak kuriozalnych okolicznościach, że wszystko człowiekowi opada. Żydzi najpierw dali się ograć u siebie Anderlechtowi (tak, BELGOM, wrócimy do tego jeszcze), dzięki czemu w glorii zdobywcy drugiego miejsca w wyjątkowo prostej grupie trafili na swój ulubiony zespół - Juventus Turyn. A wystarczyło nie przegrać z Fiołkami (koszmarny przydomek, to tak na marginesie). To Juve gra w tym sezonie bardzo średnio, delikatnie mówiąc. Wystarczyło zagrać nieźle, wystarczyło rozegrać mecz na przyzwoitym  poziomie. Przegrana na ArenA, nieco pechowa… przywykłem do tego. Ale we Włoszech Jol uznał, że albo Zaccheroni jest wspaniałym altruistą i ot tak odda awans, albo że da się go wywalczyć na 'stojąco'. Gruby się przeliczył. Ktoś się zdziwił? A wystarczyło ograć Brukselę i trafić na sympatycznych kolesi z Bilbao... Cóż, wszystko na własne życzenie.

To, co wyprawiało pod wodzą Koemana Alkmaar pozostawiam bez komentarza. Ronald powinien uczyć jak mocno kopnąć piłkę i na tym poprzestać.

Twente miało pecha nie awansując do Ligi Mistrzów przegrywając dwumecz z Portugalczykami tak, jak wygrywa większość spotkań w lidze. W nie takiej prostej grupie dali sobie radę wygrywając na wyjeździe z Fenerbahce (nie taka prosta sprawa) i trafili na Werder, który Tukkers rozniósł na swoim boisku. Wyżej dupy nie podskoczysz, taka prawda.

Najbardziej, paradoksalnie brzmi to z ust fana Ajaksu, szkoda żarówek z Eindhoven. Rutten i jego piłkarze bez fajerwerków, ale konsekwentnie ogrywali swoich rywali i pewnie awansowali z grupy, trafiając na HSV. Parszywy los, tak. Jeszcze bardziej parszywe był przebieg tego dwumeczu. Hamburgery na elektrycznym stadionie PSV powinno dostać konkretne baty jednak nie wyszło. Niemcy stracili wprawdzie trzy bramki, ale strzelili dwie i awans był ich. Mathijsen i spółka powinien powiedzieć po tym meczu Danke schön, Herr Sędzia!.

Pamiętam, jak jakiś czas temu myślałem sobie „chciałbym, żeby nasza piłka klubowa zbliżyła się poziomem do tej holenderskiej”. No i wykrakałem – mam co chciałem. Nigdy więcej tego typu myśli, chyba że o Serie A, Bundeslidze;)

Najbardziej w tym wszystkim boli fakt, że lepiej sobie poradzili biedniejsi krewni, fatalni zarówno w sferze klubowej jak i reprezentacyjnej - Belgowie. Mają kilku ciekawych graczy, ale generalnie jest to piłkarska 'miernota'. No i ten oto zlepek przeciętności ma swoje 1/8 Ligi Europejskiej. Ta oto 'miernota' była lepsza w grupie Ligi Mistrzów od zwycięzcy Eredivisie. Totalna załamka. Gdzie są moje żyletki?!

A tak poza konkursem i z innej beczki – jak bardzo niekompetentna musi być dwójka pacanów, która zamiast komentować to, co dzieje się na boisku bez przerwy pieprzy na temat tego, jakie to fatalne stroje kadra dostała od firmy ubierającej naszych kopaczy. Rozumiem wspomnieć raz, ale przez większą część relacji licytować się, kto fajniej pojedzie po obsydianowych strojach? Żenada. Piłkarski guru Szczęsny stwierdzający, że 4-3-3 wyklucza ofensywne wejścia obrońców, to już natomiast szczyt niekompetencji. Powiedz to, drogi Maćku, Alvesowi w Barcelonie, albo Grześkowi van der W. w Ajaksie. No tak, przecież Guardiola i Jol na piłce się nie znają. Przypominam, że Szczęsny i ten drugi (którego nazwiska nie pamiętam, a szukanie go nie jest warte mojego zachodu) dostają za te swoje żałosne wyczyny pieniądze. Przypuszczam, że skandalicznie niezłe. To dopiero demotywator, co?

foto: sportinglife

Tagi: inne
15:54, mike868 , Eredivisie
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 marca 2010

Kogo Van Marwijk błędnie pomija? (tekst powstał przed meczem towarzyskim ze Stanami Zjednoczonymi, na który powołanie otrzymał m.in. Ron Vlaar - dop.red.)

TW:Trudne pytanie. Powołania selekcjonera nie wywołują raczej większych kontrowersji. Po chwili namysłu do głowy przychodzą mi jedynie Ron Vlaar i Urby Emanuelson.

Gracz Feyenoordu imponuje w bieżących rozgrywkach formą i jest, moim przynajmniej zdaniem, najlepszym w tym sezonie piłkarzem Mario Beena. Omijają go szczęśliwie poważniejsze urazy i obrońca, jak sam Van Marwijk wspominał w wywiadach, niedługo otrzyma najpewniej szansę zaprezentowania się w reprezentacji. Środek obrony jest akurat jedną ze słabszych stron Oranje i piłkarz Portowców byłby chyba dobrym wzmocnieniem defensywy Tulipanów.

Jeżeli chodzi o gracza Ajaksu, to ten również prezentuje się naprawdę dobrze. Na jego korzyść przemawia przede wszystkim duża wszechstronność. Urby z powodzeniem może występować na lewym skrzydle, lewej obronie, w środku pomocy. Taki piłkarz to prawdziwy skarb dla każdego trenera, idealna, za przeproszeniem, „zapchajdziura”, która jest bardzo przydatna, zwłaszcza podczas tak długiego i intensywnego turnieju, jakim jest mundial. Pomijając już nawet uniwersalność Holendra uważam, że samym sposobem gry na lewym skrzydle byłby w stanie zaoferować reprezentacji więcej niż Ryan Babel.

Miki: Jeśli byłbym selekcjonerem Oranje, dokonałbym podobnego wyboru jak Van Marwijk. Zgadzam się z TW, że więcej szans należy się Emanuelsonowi i Vlaarowi. Wątpię jednak, aby trener diametralnie zmienił selekcję tuż przed Mundialem. Ja bym po Mistrzostwach Świata większą uwagę obdarzył dwójkę zawodników FC Twente Enschede: Ronniego Stama i Wouta Brame. Momentami w Eredivisie podoba mi się gra Keesa Kwakmana. Zdaje sobie sprawę, że może to nie być materiał na reprezentanta, ale w jakimś mało ważnym sparingu dałbym mu szansę.

Van der Vaart, Huntelaar i nie tylko - co z tymi, którzy nie grają w klubach?

Miki: Na to pytanie w zasadzie idealnie odpowiedział sam Van Marwijk:

- Weźmy na przykład Huntelaara, który bardzo mało gra w Milanie. Co mam w takiej sytuacji zrobić? Dać mu kolejną szansę na udowodnienie swojej wartości czy po prostu odesłać go do domu? Do moich obowiązków należy podejmowanie takich decyzji. Jeśli dam mu szansę, a on odpowiednio ją wykorzysta, rozgrywając dobry mecz i strzelając bramkę prawdopodobnie wróci do Milanu jako inny zawodnik. W RPA chcę zawalczyć o najwyższe cele. Huntelaar w swojej optymalnej formie może bardzo nam pomóc. Jeśli go nie powołam, to być może taka decyzja wpłynie niekorzystnie na jego rozwój. Fani Milanu powiedzą: Jego kraj nie chce go w reprezentacji, więc na co on nam. Dodatkowo jego klubowy trener stwierdzi: Nie jestem jedynym, który przestał wierzyć w jego umiejętności, jakkolwiek miałoby to zabrzmieć. W tym sporcie chodzi także o lojalność i wsparcie.

Ja tylko dodam, że sytuacje klubowe niektórych zawodników ciągle się zmieniają. Do Rafaela van der Vaarta coraz bardziej przekonuje się Manuel Pellegrini. Także aktualna pozycja Klaasa-Jana Huntelaara nie jest taka tragiczna. Bywają mecze, w których Hunter pokazuje w pełnili swoje umiejętności (spotkanie z Catanią czy Udinese). Wielkim błędem byłoby pominąć tak wartościowych graczy.

TW: Sezon obfituje w kontuzje wielu piłkarzy, przez których kadrowicze Van Marwijka mają problem z miejscem w składzie. Ryan Babel w Liverpoolu, Rafael van der Vaart w Realu Madryt tylko na tym korzystają. Ten drugi prezentował się zresztą naprawdę dobrze dopóki sam nie nabawił się kontuzji. W mojej ocenie wypadał sporo lepiej niż ściągnięty za dużo większe pieniądze Kaka. Huntelaar, po długim okresie praktycznego braku gry, coraz częściej pojawia się na boisku. Sytuacja jest dynamiczna i większość graczy występuje sporo. Problem był jeszcze parę miesięcy temu. Teraz to już chyba nieaktualne.

Dania, Japonia i Kamerun. Czy to dobra grupa?

TW: Moim zdaniem Holendrzy lepiej wylosować po prostu nie mogli. Rywale, z którymi przyjdzie się zmierzyć podopiecznym Van Marwijka w grupie reprezentują sobą wysoki poziom, ale raczej nie na tyle, aby Tulipany miały większy problem z awansem do dalszej fazy turnieju. Brak przeciwników o charakterze „kelnerów” to jak dla mnie dobra wiadomość. Pomarańczowi od początku wejdą w odpowiedni rytm meczowy, nie rozproszą się sparingiem, jakim byłby mecz z ekipą pokroju Barbados, niczego nie ujmując wyspiarzom. Jeżeli tylko nie trafi się dołek formy, zbytnia pewność siebie, to ani Dania, ani Japonia, ani nawet Kamerun (wcale nie taki mocny jak się wydaje, patrz ostatni Puchar Narodów Afryki) nie powinny w ostatecznym rozrachunku sprawić Holendrom kłopotu.

Miki: Tak naprawdę nie ma już słabych drużyn. Takowe nie grałyby w finałowej imprezie. To jedna z mocniejszych grup, ale Oranje udowodnili, że potrafią radzić sobie w takich sytuacjach wzorowo. Ostatnie Euro (Włochy, Francja, Rumunia) czy Mundial (Argentyna, Wybrzeże Kości Słoniowej, Serbia) pokazały, że Holendrzy potrafią grać z faworytami. Duńczycy to niewygodny rywal i dla mnie obok Pomarańczowych drugi kandydat do wyjścia z grupy. Kamerun przeżywa kryzys, ale ekipy z Czarnego Lądu mają to do siebie, że potrafią napsuć krwi faworytom. Z Japonią Holendrzy mierzyli się w ubiegłym roku na Grolsch Veste wygrywając 3:0. Teoretycznie Van Marwijk poznał trochę styl gry zespołu z Kraju Kwitnącej Wiśni. Dla mnie ciekawym smaczkiem będzie zobaczyć Keisuke Hondę, który po słabym występie w Enschede, ale za to świetnej grze w Eredivisie na pewno będzie chciał coś udowodnić Holendrom.

Co z tą obroną?

Miki: Obrona Holandii praktycznie zawsze była najsłabiej obsadzoną formacją. W obecnej generacji widoczny jest brak piłkarzy typu Ronald Koeman czy Jaap Stam. W zasadzie tylko Joris Mathijsen gra przez dłuższy czas na wyrównanym, przyzwoitym poziomie. Siłą Oranje jest jednak gra w ofensywie. Jeśli defensorzy zagrają blisko pomocników i umiejętnie będą wspierać przednie formacje, to zagrożenie ze strony przeciwnika zostanie zniwelowane do minimum. Nie jest tajemnicą, iż Holandia sprowadzona do defensywy zwyczajnie się gubi. Dobitnie pokazał to mecz z Rosja. Mechanizm obrońców jest uzależniony w bardzo dużym stopniu od poczynań partnerów z przodu. Myślę, że Van Marwijk najlepiej zdaje sobie z tego sprawę i sporządzi odpowiednią taktykę, która pozwoli zakryć najsłabsze ogniwo.

TW: Za grę obronną odpowiadają nie tylko obrońcy. Niby nic odkrywczego, ale często się o tym zapomina. Nawet jeżeli w samej obronie Holandii brakuje piłkarzy o walorach defensywnych, to pamiętać należy o tym, że dużo lepiej sytuacja przedstawia się w pomocy. Dwójka defensywnych pomocników – Nigel de Jong i Mark van Bommel to doskonała para ludzi do rozbijania ataków przeciwnika już w drugiej linii. Jeżeli wspomniani zawodnicy będą w najwyższej dyspozycji, to powinno być dobrze. Martwi mnie jedynie kwestia skrzydeł. Van Bronckhorst nie jest już tym samym zawodnikiem, którego podziwialiśmy w Barcelonie, czas robi niestety swoje i nawet w Eredivisie często miewa problemy z upilnowaniem rywali. Van der Wiel natomiast jest piłkarzem bardzo dużo dającym swoim kolegom w ataku, ale młody Ajacied ma jeszcze sporo poprawienia w swojej grze w obronie. Pozostaje tylko wysoko ustawić linię defensywy, ćwiczyć pułapki ofsajdowe i angażować cały zespół w próby odebrania przeciwnikom futbolówki.

Konflikt charakterów. Jak wybuchowa mieszanka osobowości może wpłynąć na postawę Holandii?

TW:Piłkarze bardzo często obdarowani są przez Opatrzność wyrazistym charakterem. Czy Cristiano Ronaldo, Wayne Rooney i Rio Ferdinand to „łatwi” ludzie? Nie. Czy ich obecność, charakter przeszkodziły Manchesterowi United w wygraniu Ligi Mistrzów? Nie. To samo można powiedzieć o olbrzymiej ilości innych drużyn. Wszystko zależy od tego, jak dobrym psychologiem jest trener. W tej kwestii jestem spokojny, bo Van Marwijk zdaje się być dobrym fachowcem.

Druga sprawa to to, ile wspólnego z rzeczywistością mają doniesienia prasowe mówiące choćby o tym, że Wesley Sneijder domaga się tego, by być w centrum uwagi reprezentacji. Nie dowiemy się jak jest naprawdę. Bardzo możliwe, że wszystko to jest wymysłem szukających sensacji mediów. Tak czy inaczej – nawet jeżeli w zespole są jakieś konflikty, to jestem przekonany, że selekcjoner nad wszystkim panuje.

Miki: Holendrzy zawsze słynęli z krnąbrnych charakterów. Myślę, że konflikty pokoleniowe i ciągłe kłótnie o przewodnictwo w drużynie, to już zamknięty rozdział. Oranje nie grożą  obrazki, z których kiedyś słynął np. Johan Cruyff (wyrzucenie ówczesnego trenera Rinusa Michelsa z szatni i nakreślenie własnej taktyki gry). Ta drużyna już dojrzałą pod tym względem, przynajmniej pod przewodnictwem Van Marwijka. Ufam temu szkoleniowcowi i wierzę, że do takiej sytuacji by nie dopuścił. Kiedyś w Feyenoordzie nie bał się okiełznać strasznie niesfornego piłkarza, jakim był Van Persie. Aktualnie Robin jest gwiazdą Arsenalu i chwali sobie obecną jak i przeszłą pracę z Van Marwijkiem.

Podsumowanie - czy Oranje stać na wygraną w RPA?

Miki: Oranje zawsze byli faworytem do końcowego tryumfu. Teraz nic się nie zmieni. Może na papierze nie będą to główni pretendenci do walki o złoto, ale przy bardzo dobrzej grze, a przede wszystkim równej dyspozycji, są w stanie zajść w RPA daleko. Holandia nie jest drużyną turniejową, co udowodniła już wielokrotnie. Praktycznie zawsze Pomarańczowi odpadają po świetnym meczu, który przechodzi do historii. O awans z grupy jestem spokojny. Mimo iż rywale prezentują przyzwoity poziom, to w obecnej dyspozycji wielkim zawodem byłoby zakończenie gry w tej fazie rozgrywek. Gdyby wielkie turnieje nie zmuszały do gry w fazie playoff, to Holendrzy pewnie już niejednokrotnie świętowaliby wielkie sukcesy. Dyspozycja tej drużyny uzależniona jest od dnia, wewnętrznej atmosfery w zespole i samej motywacji zawodników. Kiedy grając w grupie, po jakiejkolwiek porażce Holendrzy potrafią dojść do siebie i w wspaniałym stylu się podnieść, to w kolejnej fazie już nie ma tego przywileju. W przypadku Oranje nie jest to zależne od trenera. Sami zawodnicy muszą w siebie uwierzyć, że są w stanie zagrać siedem równorzędnych spotkań. W takim turnieju nie ma miejsc na słabsze momenty. Kiedy to wejdzie w życie i w mentalność wszystkich graczy efekty mogą być piorunujące.

TW: Wszystkie z moich dotychczasowych wypowiedzi były optymistyczne, można zatem uznać, że daję Holandii bardzo duże szanse na wygraną w RPA. Będę ściskał kciuki za jak najlepszy występ Sneijdera i spółki, ale mam pewne obawy. Tej drużynie brakuje niestety trochę jakości. W porównaniu z Brazylią czy Hiszpanią Oranje prezentują się blado. Stekelenburg to dobry, bardzo dobry bramkarz, ale to nie ta liga co Casillas, Julio Cesar czy Buffon. Kwestia obrony została już poruszona. Piłkarze decydujący o ofensywnym obliczu drużyny, a więc Van Persie, Robben czy Sneijder to zawodnicy bardzo podatni na kontuzje, co nie wróży dobrze. Dawno już Holandia nie prezentowała się na papierze tak słabo. O tym, że papier to nie wszystko wiadomo, na co najlepszym dowodem był sposób, w jaki zawodnicy zdobyli awans do imprezy (dla przypomnienia – komplet 24 punktów, 14 oczek przewagi nad drugą Norwegią). Nic też nie stoi na przeszkodzie, by akurat w Afryce wszyscy zawodnicy osiągnęli szczyt formy. Uczucia mam zatem mieszane – niby jest średnio, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by było kapitalnie. Pozostaje nam uzbroić się w cierpliwość i mieć nadzieję, że 11 lipca na stadionie w Johannesburgu zakwitną tulipany.

 

Tagi: holandia
18:27, mike868 , Oranje
Link Dodaj komentarz »

Mistrzostwa Świata w RPA coraz bliżej. Coraz częściej pojawiają się też spekulacje na temat tego, jak wyglądał będzie nadchodzący turniej. Z moim byłym kolegą redakcyjnym Tomaszem Weinertem pokusiliśmy się o wstępną analizę szans Oranje na Mundialu.

Van Marwijk - odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu?

TW:Bert, z niewiadomych powodów, jest osobą w świecie piłkarskim relatywnie anonimową. Jest to o tyle dziwne, że Van Marwijk ma przecież na swoim koncie spore sukcesy. Przypomnijmy, że jest on autorem ostatniego wielkiego sukcesu holenderskiej piłki, a więc Pucharu UEFA zdobytego w sezonie 2001/2002 przez Feyenoord Rotterdam. Mimo tego Holendrowi daleko do rozpoznawalności Louisa Van Gaala, Guusa Hiddinka czy dużo mniej utytułowanego Martina Jola. Mniejsza jednak o medialność selekcjonera, nie jest to sprawa kluczowa w kontekście mundialu. Bert sprawia wrażenie człowieka wyjątkowo trzeźwo myślącego, mającego świetny kontakt z zawodnikami. Były opiekun Portowców swoich podopiecznych w zasadzie nie krytykuje, robi to tylko wtedy, kiedy jest to naprawdę potrzebne. We wszystkich wywiadach, który 57-latek udziela widać, że wszystkie jego słowa są przemyślane, ma najprawdopodobniej dobry kontakt z piłkarzami. Nie przypominam sobie, aby ktokolwiek, kogo trenował Van Marwijk miał o coś do niego pretensje.

Miki: Van Marwijk jest świetnym fachowcem, co udowodnił już wielokrotnie. Złośliwi obserwatorzy mogliby powiedzieć, że za Puchar UEFA mógłby poklepać Van Hooijdonka po plecach, a poza tym brak u niego jakichś spektakularnych sukcesów. Według mnie to nie szata zdobi króla, a KNVB bardzo dobrze wiedziało co robi. Nie zawsze trener z wielkim nazwiskiem i ogromnym poparciem potrafi spełnić wszystkie oczekiwania. Z Bertem jest inaczej. Na początku nikt nie wymagał od niego cudów, a jednak drużyna pod jego przewodnictwem, od początku prezentuje się kapitalnie. Bert nie wstydzi się czerpać pomysłów od innych, uznanych trenerów. Jest spokojnym człowiekiem, który analizuje wszystkie futbolowe nowinki stopniowo je wprowadzając. Co więcej, to człowiek lojalny o wspaniałym charakterze. Potrafi rozsądnie ostudzić atmosferę w szatni, a kiedy musi, nie boi się podzielić szczerą opinią o aktualnej sytuacji. Van Marwijk czerpie najlepsze cechy od bardziej znanych rodaków. Jak na razie jego filozofia gry sprawdza się znakomicie. Mundial będzie dla niego wielkim wyzwaniem. Jeśli Oranje nie zawiodą, piłkarski świat bliżej przyjrzy się jego osobie. Być może tak wybuchowej drużynie, jaką jest Oranje przyda się człowiek, który potrafi stonować napięcie w odpowiednim momencie. Tej cechy zabrakło Van Bastenowi, co dobitnie pokazał mecz z Portugalią na Mistrzostwach Świata w 2008 roku.

Co z pozycją środkowego napastnika?

Miki: Mimo iż obecnie na środku ataku brak zawodnika w typie Ruuda van Nisterlooya, to w żaden sposób nie umniejsza to klasie drużyny. Prawdziwa siła Oranje nie tkwi w egzekutorze. To kreatywna pomoc i błyskotliwi skrzydłowi w ostatnim czasie odpowiadają za większość sytuacji podbramkowych. Środkowy napastnik pod wodzą Berta van Marwijka nie skupia się tylko na wykończeniu. Pomarańczowi preferują wymienność pozycji i często rolę głównego snajpera przejmują skrzydłowi (Van Persie, Kuyt, Elia czy Robben). Jeśli chodzi o Huntelaara, to w zasadzie wszystkie wątpliwości wyjaśnił selekcjoner Oranje w ostatnim wywiadzie. Mimo iż Hunter nie cieszy się zaufaniem ze strony trenera Milanu, to grzechem byłoby nie zabrać go na zbliżający się mundial. Myśliwy nie zatracił instynktu strzeleckiego. Apogeum swojej formy miał w Ajaksie, ale w paru spotkaniach zarówno w Hiszpanii jak i we Włoszech również pokazał swój ogromny potencjał. Huntelaar może przesiedzieć większość spotkań na ławce rezerwowych, ale w kluczowym momencie jest w stanie zagrać na nosach wszystkim, którzy go już skreślili. To dalej świetny snajper. Jeśli w RPA nie dostanie dużo szans, to zawsze może być wartościowym zmiennikiem. Ja prywatnie umieściłbym go w wyjściowym składzie. W przeszłości zawodnicy tacy jak Milan Baros pokazywali swoją klasę na wielkich imprezach, po czym odchodzili w cień. Z Hunterem może być odwrotnie. To wielka szansa, aby ten piłkarz przypomniał o sobie Europie.

TW: Kwestie taktyki pominę, bo Miki napisał na ten temat wszystko, co było do napisania. Co do obsady pozycji „dziewiątki” również stawiałbym na Huntelaara. Nie jednak ze względu na jego walory strzeleckie, a najzwyklejszy w świecie brak alternatywy. Holendrom piłkarz nie mający problemów z zachowaniem zimnej krwi pod bramką rywala jest najzwyczajniej w świecie potrzebny. Przypominać wpływu, jaki na zespół mieli Kluivert, Van Nistelrooy, Van Basten czy inni środkowi napastnicy przypominać chyba nie trzeba. Wiele zależeć też będzie od tego, w jakiej kondycji będzie w Afryce Van Persie. Piłkarz Arsenalu bardzo dobrze radził sobie w klubie na omawianej pozycji i warto o nim w tym kontekście pamiętać. Tak czy inaczej – Huntelaar na mistrzostwa pojechać powinien. Holandia nie ma dzisiaj innego snajpera na odpowiednim dla reprezentacji poziomie.

Odwieczny pech Oranje - co z nim zrobić?

TW: Moim zdaniem... nic. Najlepiej o tym najzwyczajniej w świecie zapomnieć. Rozważania na ten temat nie prowadzą raczej do konstruktywnych wniosków, zwłaszcza, że zdecydowana większość nieszczęść, jakie spotykały do tej pory na dużych imprezach Holandię miały charakter przypadku. Czegoś, czemu przeciwdziałać nie sposób. Rozdrapywanie tego typu ran skutkuje jedynie nakładaniem na zawodników zbędnej presji, frustracją, brakiem wiary w możliwość osiągnięcia sukcesu. Trzeba zapomnieć, nie ma innej rady.

Miki: Może gdyby Mistrzostwa Świata miały charakter ligowy, to Holandia posiadałaby już tryumf w tej imprezie. Faza playoff to wielkie nerwy i walka na całego. Jedno spotkanie może przekreślić całe dotychczasowe starania (vel Euro 2008). Tego jednak się nie zmieni. To, że Oranje mają tendencję do przegrywania bardzo ważnych spotkań w pięknym stylu, wiemy już od dawna. Sami Holendrzy cenią sobie wyżej artystyczny aspekt gry niż walkę po trupach do celu. Przyjmując taką boiskową mentalność trzeba się liczyć z goryczą (nie zawsze sprawiedliwej) porażki. Tak samo jak w życiu. Nie zawsze piękny taniec wystarczy, aby poderwać wymarzoną dziewczynę ;)

Sparingi - sprawdzać nowych, czy grać wypróbowanym zestawem piłkarzy, utrwalać wizję trenera?

Miki: Teraz Van Marwijk prochu już nie wymyśli. Owszem warto ciągle sprawdzać takich piłkarzy jak Stijn Schaars czy Ronnie Stam, ale ostatecznego trzonu drużyny to nie ruszy. Holendrzy mają to do siebie, że posiadają swój charakterystyczny styl i każdy przyjeżdżając na zgrupowanie wie, co do niego należy. Piłkarze zaczynając swoją karierę w Eredivisie mają wpajane idee Total Voetbal. Ich styl się nie zmienia. Czy to będzie Premiership, Primera Division czy Serie A, Holendrzy nie pozbywają się swoich nawyków. Co więcej, pod okiem innych trenerów wzbogacają swój schemat o różnorodne futbolowe nowinki. To widać gołym okiem jeśli obejrzymy parę spotkań za kadencji Van Marwijka. Oranje grają nie tylko z finezją, ale także z głową. Były trener Feyenoordu stopniowo wprowadza do składu nowych graczy. Świetnie pod jego okiem prezentuje się Nigel de Jong. Przebicie się do składu Eljero Elii również jest sporym osiągnięciem obecnego selekcjonera. Van Marwijk dokonuje zmian stopniowo, ale robi to efektywnie. Jak na razie implementuje bardziej swój pomysł na grę niż eksperymentalną selekcję. Robi to doskonale i żadna rewolucja w powołaniach nie jest potrzebna.

TW: Znowu nie za dużo mam do dodania, bo moje poglądy prezentują się bardzo podobnie. Bert jest spokojny, nie wykonuje nerwowych ruchów kadrowych, nie ma żonglerki zawodnikami. Pozostaje doszlifowywać nowe schematy taktyczne i nic więcej. I tak nie ma już czasu na rewolucje.

foto: fotoobrazy.org

Tagi: holandia
18:19, mike868 , Oranje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 marca 2010

Skrzyżowanie trykotu Odry Wodzisław z 'królewskimi' barwami Monaco przyniosło najważniejszy, jak dotychczas sukces reprezentacji Polski pod przewodnictwem Franciszka Smudy.  Ten eksperyment ludzi od marketingu firmy Nike osiągnął poziom tandety. Kuriozalne stroje nie przeszkodziły jednak w pokonaniu Bułgarii 2:0. To nie szata zdobi króla, a rozsądnie realizowane dowództwo. Franciszek Smuda abstrahując od artystycznej wtopy szefostwa Nike, namaścił swoich podopiecznych, którzy mimo przeciwności losu zdołali dziś zachować twarz. Zwycięstwo nie przyszło jednak łatwo, a samą grą Biało-Czerwonych nie ma sensu się podniecać. Dwie bardzo ładne bramki przysłaniają prawdziwy obraz tego spotkania.

Bułgaria to solidna firma, która niejednokrotnie sprawiała wiele kłopotów futbolowym potentatom. Jej postawę na Konwiktorskiej była jednak pozbawiona ambicji i jakiejkolwiek woli walki. Najlepiej to zachowanie odtworzył lider swojego zespołu Dimitar Berbatov, który poruszał się z gracją słonia i po pierwszej połowie z miną obrażonego gwiazdora opuścił plac gry. Zapewne w drodze powrotnej do Manchesteru  miał o czym dyskutować z Kuszczakiem. Po jednej z akcji byłemu egzekutorowi Tottenhamu wystarczyło dopełnić formalności, ale w najmniej oczekiwanym momencie odstawił głowę, robiąc tym samym przysługę Tomkowi. Na tle beznadziejnie grającej Bułgarii nasi prezentowali się okazale, ale czy takie okoliczności wystarczą, aby popadać w samozachwyt nad postawą 'granatowych'.

Jedyną ozdobą były dwa piękne strzały Kuby Błaszczykowskiego i Roberta Lewnadowskiego. Mimo fatalnego stanu murawy, która przypominała bagno z zatrważających koszmarów, w decydujących momentach naszym futbolówka ani na moment nie ugrzęzła w błotnej wydmie. To w zasadzie dwa pozytywne aspekty tego spotkania. Takie bramki w ostatnich czasach, w wykonaniu Polaków to było tylko pobożne życzenie. Nadmiar efektywizmu, w pomeczowej ocenie przysłonił brak obiektywizmu. W grze podopiecznych Smudy zabrakło polotu. Momentami (szczególnie w pierwszej odsłonie) oglądanie tego widowiska potęgowało cierpnie, które w ostatnich czasach bardzo często było serwowane przez naszych kadrowiczów. W spotkaniu nie uświadczyliśmy wielkiego futbolu, ani akcji w najwyższym standardzie. Polacy wybiegali zdezorientowanych Bułgarów. W kluczowych momentach posłali im dwa estetyczne ciosy, które przesłoniły nijaki poziom meczu. Jedynym usprawiedliwieniem był fatalny stan murawy, ale czegoż można było się spodziewać podczas spektaklu na Konwiktorskiej. Jaka oprawa, tacy aktorzy…

Żeby nie być przesadnie okrutny, w swoich osądach należy pochwalić walkę Polaków w drugiej części gry. Mimo braku składnych, pięknych dla oka akcji druga odsłona to pokaz charakteru piłkarzy Smudy. Coraz odważniej poczynał sobie Kuba Błaszczykowski, który powrócił do swojego kanonu. Może nie był jeszcze tym piłkarzem, który słynie z wielkiej dynamiki i skuteczności, ale jego gra to dobry prognostyk na przyszłość. Przemyślane decyzję, co w konsekwencji dało bramkę i asystę. Zdecydowanie najjaśniej powiewająca koszulką wśród granatowego kiczu.

Wielką rolę w kadrze odgrywa protagonista Franz. Jego wizja i reżyseria nie do końca mnie jednak przekonuje. Smuda wypróbował kolejny duet bocznych obrońców. Efekty były dalekie od optymalnych. Defensywa jako chaotycznie zarządzany legion, który w zderzeniu z mocniejszym rywalem nie powstrzymałby osobliwego spotkania futbolówki z Tomkiem Kuszczakiem. Poza kuriozalną wyprawą do Tajlandii, to tak naprawdę pierwszy poważny sprawdzian w tym roku. Kadra potrzebuje jeszcze ostatecznych szlifów. Nie jest znany szkielet drużyny. Franz ciągle stosuje swoje zabiegi i wiele obiecuje. Obawiam się, że do samego Euro 2012 może pozostawić po sobie wielki stos wątpliwości i nieuzyskanych odpowiedzi. Z drugiej strony to trochę niewdzięczna rola - prowadzić zespół przez kwiecistą, zieloną łączkę, nie napotykając żadnych poważnych przeszkód. Jeśli chodzi o taktykę, to miało być ofensywnie, a wyszło pasywnie. Obawiam się, że podczas zderzenia z futbolowym gigantem niedostatki Biało-Czerwonych zostaną okrutnie obnażone. Jeśli mecz z Bułgarią miał promować grę z przodu, to aż strach pomyśleć co się stanie jeśli przyjdzie nam zagrać umiejętnie z tyłu.

Reasumując wynik lepszy od rzeczywistego stanu gry. Mecz ozdobiły dwa świetne strzały, po których nawet największy futbolowy malkontent chciałby zobaczyć powtórkę. To jednak za mało żeby na razie popadać w hurraoptymizm. W środę doświadczyliśmy jedynie szczyptę tego uczucia. Prawdziwy test weryfikacyjny jeszcze nadejdzie. Jeśli wczorajszy mecz potraktujemy wybiórczo, to znajdziemy parę pozytywnych elementów z których Smuda może uczynić swój atut. Na obecną chwilę to jednak tylko mały zalążek naszych życzeń. Franz ma jeszcze czas i oby umiejętnie go spożytkował. Można wymieniać personel, ale czas w końcu zacząć stawiać pierwsze fundamenty.

foto:sport.pl

Tagi: inne
14:57, mike868 , Inne
Link Komentarze (1) »
wtorek, 16 lutego 2010

Wielcy po sezonie, dumnie prezentujący kolejny tytuł najlepszej drużyny Eredivisie. To w ostatnim czasie bardzo popularny obrazek w holenderskim Voetbalu. Nie chodzi tu wcale o Ajax Amsterdam i Feyennord Rotterdam. Nowym królem Kraju Tulipanów zostało bowiem PSV Eindhoven. Ostatnia dekada dobitnie pokazała potencjał ekipy ze stadionu Philipsa. Boeren przyćmili potentatów z Randstad (zachodnie prowincje Holandii zrzeszające największe miasta). Jak to możliwe, że drużyna nie posiadająca zasobnego portfela, co sezon zmagająca się z masową przebudową składu potrafiła zdetronizować krajowe podwórku?

Energooszczędne wydatki

 

Eindhoven nie należy do największych i najbardziej wpływowych miast w Holandii. W mieście znajduje się jednak siedziba jednego z największych potentatów elektronicznych na świecie – Philipsa. Koncern postanowił zainwestować swoje środki w rozwój klubu z Eindhoven. Nawet nazwa zespołu brzmi Philips Sport Vereninging (w skrócie PSV). Pierwsze kroki Boeren nie należały do najłatwiejszych. PSV w Holandii zawsze uważano za solidną ekipę, ale nic poza tym. Mianem klasyku zawsze oceniano spotkania Ajaksu z Feyenoordem. W ostatnim dziesięcioleciu nikt chyba nie ma wątpliwości, że aktualni wicemistrzowie Holandii odcięli się od tego schematu i narzucili własny styl gry.

Śledząc poczynania Boeren ciężko zdiagnozować ich receptę na sukces. Przed każdym sezonem klub opuszcza większość kluczowych zawodników. W ich miejsce przychodzi wielu utalentowanych, młodych, a także anonimowych graczy. Te banalne ruchy wystarczają aby PSV z powodzeniem królowało na boiskach Eredivisie, a również regularnie występowało w Lidze Mistrzów.

Galeria sław

W Holandii utarło się, że to co największe i najlepsze pozostaje domeną Ajaksu. To klub z Amsterdamu słynie z efektywnej pracy z młodzieżą. Mimo iż zespół z Eindhoven nie posiada najnowocześniejszej bazy treningowej, a ich metody nie są owiane sławą w futbolowym świecie, to praca rzemieślników z bastionu Philipsa może śmiało konkurować z amsterdamską legendą. Dla uwierzytelnienia tego zjawiska przygotowałem ranking piłkarzy, którzy przed podbojem piłkarskiej Europy swój talent szlifowali właśnie na stadionie Philipsa.

PSV Eindhoven

1. Romario

2. Ruud Gullit

3. Ronald Koeman

4. Ruud van Nisterlooy

5. Ronaldo

6. Luc Nilis

7. Jaap Stam

8. Arjen Robben

9. Philip Cocu

10.  Wim Kieft

11.  Eric Gerets

12.  Mateja Keżman

13.  Wim Jonk

14.  Andre Ooijer

15.  Stanley Menzo

16.  Gheorghe Popescu

17.  Boundewijn Zenden

18.  Arthur Numan

19.  Mark van Bommel

20.  Wilfred Bouma

21.  Alex

22.  Jefferson Farfan

23.  Jan Vennegoor of Hesselink

24.  Park Ji-Sung

25.  Ronald Waterreus

26.  Jan Heintze

27.  Johan Vogel

28.  Gomes

29.  Gilles De Bilde

30.  Hans van Breukelen

Ten ranking to tylko moja subiektywna opinia i kolejność nie ma większego znaczenia. Zestawienie dowodzi, iż PSV wcale nie pozostaje w cieniu Ajaksu. Klub  Philipsa również wychował i wyszkolił wielu wspaniałych graczy, którzy stanowili lub ciągle stanowią o sile największych zespołów.

 

 

W kolejce po kolejny tytuł

PSV to obecnie lider Eredivisie. Standardowo już przed sezonem Boeren mieli problemem ze skompletowaniem składu. Drużynę poprowadził Fred Rutten, który po sukcesie z FC Twente Enschede zupełnie nie poradził sobie prowadząc Schalke. Eksperci mając w pamięci ubiegłoroczne niepowodzenie PSV w Eredivisie nie typowali Boeren do końcowego tryumfu. Rzeczywistość po raz kolejny zweryfikowała mylne prognozy. Ekipa Ruttena mimo iż często gra nierówno, konsekwentnie podąża do celu. Monolit wyrównanej drużyny bez kluczowych liderów ( może poza Affelayem, który po sezonie prawdopodobnie dołączy do grona dezerterów) został zachowany. W klubie narodziła się nowa gwiazda. Stanislav Manolev przychodząc z bułgarskiego Liteksu Łowecz zachwycił swoją formą. Prawy obrońca bryluje na swojej pozycji i jest zaliczany do najlepszych zawodników ligi holenderskiej. Na swoją renomę wyraźnie pracuje także Balazs Dzsudzsak, po którego już dopytuje się Arsenal Londyn. Taki obrót sprawy dowodzi, iż PSV nie boi się eksperymentować. Drużynę często wzmacniają piłkarze o anonimowym nazwisku, którzy szybko spłacają kredyt zaufania.  W odwrotnym kierunku podążył Ajax, którzy w ostatnim czasie sięgał po wypalone gwiazdy (Luque, Kuffour, Roger, Juanfran, Urzaiz). Takie zabiegi budziły przedsezonowy respekt, ale tuż po zakończeniu rozgrywek to zazwyczaj PSV (aż osiem razy w ostatniej dekadzie) cieszyło się z mistrzostwa. Co prawda walka o tegoroczny tytuł jeszcze się nie skończyła, ale już wyraźnie widać, że PSV poczuło kolejną szansę i znacznie przyśpieszyło…

Nowa era klasyku

Piłkarze Ajaksu i Feyenoordu rozgrywają swoje klasyki, a w Eredivisie niepodzielnie rządzi PSV. Klub Philipsa odcina się od schematu preferowanego przez potentatów z Randstad. Boeren mają swoje cele i nie przejmują się nieprzychylną otoczką ze strony swoich rywali. Z pomarańczowego punktu widzenia to w Eindhoven w ostatnim czasie działo się najwięcej. Co ciekawe nie zapowiada się na zmiany, mimo iż co roku właściciele Joden zapowiadają powrót na szczyt. Ajax dwoi się i troi efektownie prezentując swoją wielkość, a w ostateczności zazwyczaj wygrywa PSV. To dobitny przykład drużyny, która swoim kameralnym stylem bycia obala wszystkie mity o oligarchicznej potędze.

wtorek, 09 lutego 2010

Jakimi słowami można opisać wymarzony debiut? Było fantastycznie, miło, urokliwie…? Nie… Tak mógłby powiedzieć turysta traktujący wizytę na Arenie jako przystawkę do nocnych wojaży w Amsterdamie. Mimo moich obaw podopieczni Jola stanęli na wysokości zadania i ugościli fanów z Polski rozjeżdżając pięknem i finezją taktyczną machinę Stevea McClarena. Choć w życiu nie wyznaję ideałów i nie wierzę w cuda, to w niedziele momentami doznawałem objawienia. Gra Joden chwilami przypominała idealny mechanizm zaspokajający moje indywidualne potrzeby doznania artystycznego. Nie było także problemów z przelaniem tych wizji na boisko i stworzeniem obrazu klęski lidera. Cudem dla Tukkers było uniknięcie większego wymiaru kary. Zacznijmy jednak od początku, gdyż całą ta euforia miała charakter progresywny i warto temu przyjrzeć się bliżej.

W drodze na mecz...

Na mecz z Twente stawiła się 11 osobowa grupa Polish Brigade. Tradycyjnie przed spotkaniem warto było oddać się integracji, gdyż połowa osób zaliczała w ten dzień debiut. Przystankiem okazał się pobliski pub, w którym górowały konwersacje na tematy Ajaksu i ligi holenderskiej. Jedna osoba wykazała się nawet darem wizjonerskim typując u bukmachera wynik 3:0. Po tym miłym akcencie przyszedł czas na pamiątkowe zdjęcia i podróż do serca Mokum. Niestety większość z nas posiadała bilety na różne sektory stadionu. Ja zasiadłem na Vak 408. Z tego miejsca idealnie widać było poczynania zawodników Joden, a także flagę Polish Brigade, która dumnie prezentowała się na Arenie.

 

Pierwsze co rzuca się w oczy, a zarazem robi ogromne wrażenie to nowoczesna konstrukcja stadionu. Strome trybuny, mnóstwo pubów, sklepów i jedne z najlepszych na świecie ośrodków treningowych. Przed samym spotkaniem czuć atmosferę wielkiego wydarzenia. Masa kibiców w biało-czerwonych barwach okupuje plac przed stadionem. Sama podróż na wyznaczony sektor zajmuje trochę czasu, gdyż polega na przebrnięciu przez parę tunelów. Gdy już zasiądziemy na trybunach, obrazek zapełniającej się Areny zapiera dech w piersiach. Na każdym kroku czuć wysoki standard i atmosferę piłkarskiego święta. Jedynym mankamentem może wydać się doping, który czasami niespodziewanie ucicha. Mimo tego pierwsze wrażenie było ogromne. Stadion wyglądał jak wulkan wypełniony po brzegi kibicami Joden. Spokojnie zasiadłem na swoim miejscu w oczekiwaniu na obie jedenastki, chłonąc niesamowitą atmosferę tego miejsca.

 

Starcie gigantów czas zacząć...

Po pierwszym gwizdku arbitra niemal zahipnotyzowany śledziłem wydarzenia na boisku. Ku mojemu zaskoczeniu początek należał do przyjezdnych. Tukkers przeprowadzili dwie kontry, po których Stekelenburg powinien skapitulować. Tak się jednak nie stało i miejscowi uspokajając moje obawy wzięli się ostro do roboty. Od 20. minuty na boisku istniał już tylko Ajax. Koncert gry dało trio: De Zeeuw, Vertonghen, Suarez. Ten pierwszy ładnym strzałem z dystansu pokonał, nieco zdezorientowanego Boschkera. Na minutę przed przerwą po ciekawej, kombinacyjnej akcji piłkę po dobitce do bramki gości skierował Pantelić. ArenA po raz drugi eksplodowała i stało się jasne, że tylko kataklizm może powstrzymać Joden od zwycięstwa.

Namaszczeni przez Jola piłkarze Ajaksu wybiegli na drugie 45. minut w bojowych nastrojach. Suarez i spółka nie przestali myśleć o zdobywaniu kolejnych bramek, a nawet wprost przeciwnie. Momentami ośmieszali solidny blok defensywny Tukkers. McClaren próbował wprowadzać zmiany, ale nic tego dnia nie skutkowało na będący na fali Ajax. Na kwadrans do końca dzieła zniszczenia dopełnił Rommedahl, który idealnie uderzył z okolic wapna, po wyłożeniu piłki przez Pantelicia. Trzybramkowa zaliczka dała stoicki spokój w poczynaniach piłkarzy. Nawet sam Vertonghen pokusił się o szczyptę fantazji i fantastyczną ruletką a la Zidane ośmieszył pomocników Tukkers. Pantelicia w 84. minucie zastąpił nowy nabytek miejscowych – Lodeiro. Szkoda, że Jol tak późno wpuścił byłego gracza Nacionalu. Parę minut nie wystarczyło aby ocenić potencjał urugwajskiego Messiego. Warto także odnotować, że Jan Wegereef nie uznał prawidłowo zdobytej bramki przez Suareza. W gąszczu pomeczowej euforii przyszedł też moment na dwie smutne informacje. Po niebezpiecznych wślizgach na urazy narzekają De Zeeuw i Emanuelsson. Oby tylko kontuzje nie okazały się poważne…

Dodatkowe atrakcje...

Odbiegając od stricte meczowych wydarzeń warto parę słów poświęcić zabudowie stadionu. Jak już wspominałem poza samym meczem fanatyk Joden znajdzie tu dla siebie miły dodatek. W sklepiku z pamiątkami dostępne jest w zasadzie wszystko co wymarzyłby sobie każdy wymagający fan. Niestety ceny wyraźnie odstraszają potencjalnego nabywcę, ale jeśli ktoś ma gest i porządny zasób portfela może np. zafundować swojej wybrance złote kolczyki Ajaksu, za jedyne 400 euro… Nawet najmniejsza drobnostka oscyluje w granicach dziesięciu euro, ale czego przecież się nie robi dla Ajaksu…

Kolejnym przystankiem w zwiedzaniu stadionu była wizyta w klubowym muzeum. W niewielkiej sali zgromadzono zbiory promujące drużynę z Amsterdamu. Wielkie wrażenie robią przede wszystkim trofea Ajaksu, które można obejrzeć w specjalnej gablocie. Po całej sali rozstawione są monitory prezentujące najciekawsze, a także najważniejsze momenty, mecze w historii klubu. Jeśli ktoś chce przypomnieć sobie wspaniały tryumf w 1995 roku bez problemu znajdzie tam obszerną dokumentację dotyczącą tego wydarzenia. Ciekawym zabiegiem jest emisja dokumentalnego filmu o Johanie Cruyffie. Jeśli ktoś ma ochotę poznać początki jednej z największych legend holenderskiego, ale i także światowego futbolu może oddać się parominutowemu seansowi. Na deser pozostawiono pokaźną bazę zdjęć piłkarzy Ajaksu występujących w barwach Oranje. Z ciekawostek warto odnotować klubową legitymację Dennisa Bergkampa z pierwszych lat pobytu w Amsterdamie.

 

Kiedy nadszedł czas rozstania żal było opuszczać stadion. Już dawno po meczu, ale już wiem na pewno, że debiut będę pamiętał zawsze. Ajax w tym dniu idealnie spełnił moje oczekiwania. Oby to był prognostyk na lepszą przyszłość. Już niedługo planuję kolejną wizytę w sercu Mokum. Mam nadzieję, że Polish Brigade po raz kolejny przyniesie szczęście swojemu klubowi. W końcu nic nie trwa wiecznie i każda zła passa ma swój koniec. Czekamy zatem na nową erę sukcesów, ten klub i kibice niewątpliwie na to zasługują.

Skrót meczu:


Kilka zdjęc z wyjazdu:

 

środa, 03 lutego 2010

 

Mentalność i psychika kadrowiczów może ulec zmianie przez okres dwóch miesięcy. Dla przykładu Van der Vart powrócił na radar trenerów Ralu Madryt, Huntelaar całkowicie się pogubił w Mediolanie…

Właśnie dlatego wprowadziłem pewne zasady na początku mojej kadencji. W piłce ciągle się coś zmienia. Ja znajdę każdego tygodnia 100 różnych opinii, odnośnie kogo powinienem powołać. Obserwowanie zawodników i ich zachowań należy do moich obowiązków. Weźmy na przykład Huntelaara, który bardzo mało gra w Milanie. Co mam w takiej sytuacji zrobić? Dać mu kolejną szansę na udowodnienie swojej wartości czy po prostu odesłać go do domu?

Ty go wybrałeś …

Do moich obowiązków należy podejmowanie takich decyzji. Jeśli dam mu szansę, a on odpowiednio ją wykorzysta, rozgrywając dobry mecz i strzelając bramkę prawdopodobnie wróci do Milanu jako inny zawodnik. W RPA chcę zawalczyć o najwyższe cele. Huntelaar w swojej optymalnej formie może bardzo nam pomóc. Jeśli go nie powołam, to być może taka decyzja wpłynie niekorzystnie na jego rozwój. Fani Milanu powiedzą: Jego kraj nie chce go w reprezentacji, więc na co on nam. Dodatkowo jego klubowy trener stwierdzi: Nie jestem jedynym, który przestał wierzyć w jego umiejętności, jakkolwiek miałoby to zabrzmieć. W tym sporcie chodzi także o lojalność i wsparcie.

Podobnie jak Michels, który w 1988 roku wybrał paru graczy, którzy mało grali przez cały sezon…

Huntelaar to nie Van Basten,  ja to nie Michels, ale ogół się zgadza. Jeżeli decyzja Michelsa byłaby spójna to powinien zostawić Marco w domu. Wpływ na wybory powinny mieć osiągnięte rezultaty. To najprostszy sposób ,po którym dokonuję selekcji. Za to płaci mi KNVB. Muszę oglądać zawodników, którzy sobie myślą: Mimo iż nie gram w klubie trener i tak mnie zabierze na mundial. To nie jest takie proste, dlatego niektórzy potrzebują tego napięcia.

To bardzo ważne dla zespołu, aby trener miał wiele czasu na wspólne rozmowy z zawodnikami. Niestety praca z kadrą wyklucza takie możliwości.

Nie jestem typem faceta, który zmusza swoich graczy do ciągłych konwersacji. Ja bardziej staram się aby oni zaczęli mnie słuchać. Poświęcam wiele uwagi na niewerbalną komunikację. Wiem że mały dowcip lub gest ze strony piłkarza może oznaczać sporo więcej niż długa rozmowa. Nie mówię jednak, że nie rozmawiam z drużyną, a nawet wprost przeciwnie. W Huis ter Duin hotelu miałem wielkie spotkanie. Zapraszałem kolejno zawodników na indywidualne rozmowy. Przypuszczam, że rozmawiam więcej niż w czasach kiedy byłem klubowym trenerem.

Mimo wszystko takie sytuacje nie są częstym obrazkiem?

To nie zależy od frekwencji, a od jakości spotkań. Jeśli odnajdujemy wspólny język wszystko idzie sprawnie. Czytałem wywiad z jednym z moich zawodników i on powiedział, że ufa moim metodom. Jestem szczęśliwy, że wszyscy się rozumiemy. Nie muszę moim graczom powtarzać dziesięć razy jak ważne jest zaufanie. Oni to rozumieją bez słów i to jest najważniejsze. Jestem facetem, który realizuje specyficzne zadania. Poświęcam moim zawodnikom wiele energii i czasu i oni to doceniają.

Czy korzystasz ze sposobów prowadzenia drużyny innych szkoleniowców z którymi współpracowałeś, czy zdajesz się jedynie na swoje doświadczenie jako piłkarz?

Oczywiście. Doceniam rady byłych współpracowników. Bywam jednak sceptyczny i cyniczny, więc czasem trudno było wprowadzić to w życie. Mimo wszystko najczęściej zdaje się na siebie.  Jestem głównym trenerem i patrząc w oczy moim zawodnikom mogę stwierdzić, czy rozumieją moją filozofię. Myślę, że większość rzeczy bazuje właśnie na moim doświadczeniu piłkarskim.

Co zatem sądzisz o szkoleniowcach typu Jose Mourinho?  On nigdy nie grał w piłkę na wysokim poziomie.

Mourinho nie był piłkarzem. On był tłumaczem. To sprawia, że jest bardzo dobrym fachowcem, a zarazem powszechnie szanowanym. Myślę, że trenerzy, którzy nie mają boiskowego doświadczenia muszą to zrekompensować innymi czynnikami. Jak widać Mourinho zrobił to idealnie i jest naprawdę dobrym szkoleniowcem. Na tym poziomie diabeł tkwi w detalach. Pamiętam jak prowadziłem Feyenoord. Jeden z moich zawodników odprawiał tajemniczy rytuał, coś w rodzajów przedmeczowych, mobilizacyjnych modłów. On nie chciał aby ktokolwiek się o tym dowiedział. Zawsze wolał być ostatni w polu. Przed ważnym spotkaniem w europejskich pucharach byliśmy gotowi, aby wyjść na boisko, ale jeden z zawodników musiał pójść do toalety. Mój piłkarz, lubujący się w rytuałach spanikował. Nie chciał wyjść na boisko zanim jego kolega nie wróci. Musieliśmy przez to czekać. Kiedy powrócił naznaczyłem panikującego zawodnika i razem wyszliśmy na boisko. To dziwna i niecodzienna sytuacja. Żeby poradzić sobie z takimi zdarzeniami musisz posiadać  przywódczy instynkt.

Porozmawiajmy o szansach Oranje na mundialu. Każda zwycięska drużyna z ostatnich lat posiadała w zespole światowej klasy zawodników. Czy Holandia obecnie może pochwalić się takimi graczami?

Oczywiście, że posiadamy takich piłkarzy, ale nie jest łatwo porównywać ich z zawodnikami z innych krajów. Widziałem Hiszpanię, Brazylię i Włochy w Pucharze Konfederacji i jeśli mam być szczery to nie mamy się czego obawiać. Zawodnicy światowej klasy są ważni, dodają wiele do jakości gry, ale priorytetową sprawą jest gra zespołowa. Spójrzmy na Grecję z 2004 roku lub Włochy z 2006. Najważniejszą lekcję jaką dostali Niemcy (półfinał MŚ 2006) to nauczka, że indywidualne umiejętności to nie wszystko. Dużo zależy w piłce od mentalności, taktyki i dyscypliny.

Mimo wszystko Holandia nadal nie ma zawodnika, który byłby w 25 najlepszych piłkarzy świata…

Ale to wcale nie umniejsza potencjału drużyny. Tacy piłkarze jak: Sneijder, Van der Vart czy Van Persie nie należą do tej listy, ponieważ nie mieli łatwego sezonu, dla przykładu Rafael w Realu Madryt. To zależy od sukcesów klubu. Kiedy zespół jest na topie automatycznie zawodnik również. Jeśli chodzi o obrońców, to kiedy jesteś silny, szybki i grasz w Lidze Mistrzów zazwyczaj będziesz nominowany do takich zestawień. Czy naprawdę myślisz, że Terry, Ferdinand czy Lucio są aż tak dobrzy? Oni również popełniają masę błędów. Dla przykładu Joris Mathijsen, który gra w HSV musi zagrać naprawdę imponujący sezon, aby został doceniony. Piłkarze pokroju Terry’ego, Ferdinanda czy Lucio często po prostu jadą na swojej marce.

Ferdinand popełnił szkolny błąd w meczu przeciwko Holandii…

Dokładnie. Znakomity przykład. W Holandii zawsze szczegółowo analizujemy naszych piłkarzy i rywali. Ferdinand popełnił fatalny błąd nie dlatego, że jest słabym obrońcą, ale dlatego, że my go do tego zmusiliśmy. To jest wielka różnica.

To zależy od ambicji drużyny?

Bardzo. Sądzę, że często to demonstrujemy. Jeśli rozegramy słaby mecz to nie jesteśmy nim zainteresowani.

Zwycięstwo z Japonią 3:0?

Dokładnie. W każdym meczu nasza ambicja jest ogromna. Ta grupa jest świeża i głodna sukcesu, a więc nieźle wróży na przyszłość. To nie jest gwarancją dobrej gry, ale to jeden z paru warunków, które trzeba spełnić, aby wygrywać.

Po mecz z Islandią i pewnym awansie do mundialu w RPA zagraliście z Norwegią. Jak motywowałeś swoich piłkarzy przed tym spotkaniem?

Guus Hiddink powtarza to często. Byłem na spotkaniu kiedy ktoś go zapytał: Jak Ty to robisz? Guus odpowiedział: Nie jestem pewny, po prostu robię to co do mnie należy… Tak właśnie to wygląda. To nie są metody opisane w książce. Powtarzam to wielokrotnie – wszystko zależy od detali. Po meczu z Islandią media pisały o spotkaniu z Norwegią, w charakterze luźnego występu. Ja skrytykowałem tę opinię na konferencji prasowej mówiąc: Jeśli chcemy marzyć o zwycięstwie w RPA musimy być skupieni przez siedem spotkań. To brzmi prosto, ale w praktyce jest bardzo trudne do zrealizowania. Jeśli myślisz, że potrafisz  to zrobić pokaż mi to w spotkaniu z Norwegią. Po meczu z Islandią dowiedzieliśmy się, że Norwegia straciła punkty z Macedonią. Byliśmy pewni awansu, ale mimo tego drużyna pokazała charakter wygrywając ze Skandynawami. Byłem z nich bardzo dumny.

Jak panujesz nad dyscypliną w drużynie?

Są pewne wizje i zasady. Naszą wizją jest bycie najlepszą drużyną na świecie. Ja nigdy nie krzyczę na treningach, ani nie jestem zły. Staram się być dla nich mentorem. Pamiętam domowy mecz ze Szkocją, po którym media napisały, że zdjąłem Sneijdera z boiska ponieważ byłem zły. To nie było prawdą. Wszyscy widzieliśmy, że powinien opuścić plac gry. Rano przed meczem z Macedonią  słyszałem w radiu śmieszną teorię Dj Eversa. Facet nabijał się, że po meczu z Macedonią na Wesleya będzie czekać taksówka, która zawiezie go szybko do Yolanthe, czy coś w tym stylu. Odtworzyliśmy tą taśmę w autobusie, podczas drogi na mecz. Wszyscy mieli niezły ubaw. Reszta drużyny po prostu uwielbia kiedy Sneijder uśmiecha się od ucha do ucha. Po tym zdarzeniu atmosfera w zespole była pozytywna. Rozegraliśmy kapitalne zawody i wygraliśmy 4:0.

Przedstawiasz swoją strategię na dzień przed meczem?

Oczywiście. Wszystko jest jasne. Najważniejsze jest aby każdy zrealizował swoje założenia. Mój pierwszy mecz w reprezentacji był przeciwko Rosji w Moskwie. To miał być rewanż za porażkę z Euro 2008. Rosja posiada genialnego bocznego obrońcę – Zhirkova. On był dla nas ogromnym zagrożeniem podczas Mistrzostw Europy. Miałem zatem okazję aby sporządzić taktyczny plan na rewanż. Podczas Euro trzej napastnicy Rosji grali zbyt głęboko. Zhirkov wykorzystywał taką okazję do tworzenia przestrzeni pomiędzy Van Persim, a defensywnym pomocnikom. Mieliśmy do wyboru: próbować nękać defensywę lub cofnąć się i zagrać ostrym pressingiem. Obie taktyki były złe. Powiedziałem Robinowi i reszcie, aby nie nękali na siłę bocznych obrońców. Zagraliśmy ściśle przy drugiej linii i w efekcie Zhirkov nie miał tyle miejsca na konstruowanie kreatywnych akcji. Obróciliśmy posesję na własną korzyść i to my zyskaliśmy przestrzeń. Przed meczem Van Persie nie był pewny co do mojego planu i potraktował go jako wyzwanie. Po spotkaniu moja taktyka spotkała się z pozytywną opinią. To była dobra lekcja dla zawodników.

Grając z Brazylią będziecie musieli stawić czoła ofensywnym i szeroko grającym bocznym obrońcom...

Maicon i Dani Alves. Brazylia to ogólnie ciężki rywal. Zazwyczaj nie mają ścisłego planu i zdają się na własną fantazję. Posiadają czterech defensorów, w tym dwóch niszczycieli, którzy są szybcy i nieźle grają głową. Tacy gracze mają wiele okazji do wypracowania partnerom sytuacji strzeleckich. Ciężko się gra przeciwko takim drużynom, ale w piłce wszystko jest możliwe.

Często na turniejach dochodzi do nieoczekiwanych niespodzianek. Arie Haan w 1974, Brandts w 1978, Van Basten w 1988… Czy piłka nożna to nie czasem gra przypadku?

Nie… Nic nie dzieje się bezpodstawnie. Czasem o powołaniach decydują pojedyncze momenty formy danego zawodnika lub antypatie. Czasem decydujesz się dać szansę widząc potencjał w piłkarzu. Tak było z Paolo Rossim w 1982 roku. On nigdy później nie wrócił do wysokiej formy. Wszystko bazuje na Twojej strategii i przygotowaniu.

Większość zwycięzców wielkich imprez rozpoczyna turniej słabo. Jedynie Hiszpania jest wyjątkiem od tej reguły w ostatnim Euro…

To nie jest regułą. Nikt przecież nie decyduje się rozpocząć turnieju słabo, aby później liczyć na lepszą grę. My jesteśmy podobni do Hiszpanów. Jako trener nie możesz również wszystkiego przewidzieć, na przykład Van Bastena w 1988.

Którzy zawodnicy poczynili znaczące postępy pod Twoim okiem?

Pierwszy zawodnik, który przychodzi mi na myśl to Nigel de Jong. Bardzo dorósł piłkarsko. W Ajaksie był jeszcze strasznie chimeryczny. W HSV się zmienił, ale to jeszcze nie było to. Dopiero teraz w Manchesterze City i Oranje pokazuje swój prawdziwy potencjał. Kolejnym graczem jest Eljero Elia. To wielki talent. Robin van Persie rozwinął się sensacyjnie szybko i dalej piłkarsko dorasta. Kiedy zobaczyłem go pierwszy raz w Feyenoordzie, w drużynie młodzików pamiętam moją myśl – on będzie światowej klasy piłkarzem. Niektórzy starsi zawodnicy nie przepadają za jego osobowością. Robin miewa czasem swoje fochy. Obdarzyłem go zaufaniem, a on demonstrował swoje umiejętności przed meczem o Superpuchar z Realem Madryt. Odesłałem go do domu i powiedziałem mu, że musi zrozumieć jak to jest być światowej klasy zawodnikiem. Robin trochę się pogubił. Grał słabo, przebiegał mało metrów na boisku. Z jego techniką taka gra była nie do oglądania. Proszę jednak zobaczyć co dzieję się z nim teraz. Van Persie idealnie się rozwinął i chyba wziął sobie moje uwagi do serca.

Kiedy Mistrzostwa Świata okażą się dla Holandii sukcesem?

Nie podchodzę do tego w taki sposób: Jeśli dotrzemy do półfinału to spełniliśmy nasz cel. Moja praca to stworzenie idealnej drużyny, która stawi czoła najmocniejszym ekipom. W tym momencie mówię: Wygrajmy tytuł. Jeśli tego nie zrobimy być może będę usatysfakcjonowany, gdy pokonamy teoretycznie mocniejsze drużyny. Jeśli będzie odwrotnie będę zawiedziony, gdyż wiem na co stać moich piłkarzy.  Interesującym faktem jest krytyka mediów i fanów spotkań towarzyskich z Paragwajem i Włochami. Włosi to przecież potęga futbolowa, a Paragwaj to druga drużyna Ameryki Południowej. W defensywie byliśmy solidni. Dominowaliśmy na boisku, a zabrakło jedynie bramek. Spójrzmy na Francję, która miała wielki problem z Irlandią, albo na Rosję, która uległa w dwumeczu Słowenii. Moim kluczowym aspektem jest wielki apetyt na zwycięstwa. Absolutnie chcę wygrywać . Każdy wie jak gramy. Stekelenburg jest dobrym bramkarzem. Najlepszy na świecie? Może nie… ale nadal bardzo dobry. Cała defensywa, najlepsza na świecie? Prawdopodobnie nie, ale spójrzcie na statystyki… Wierzę w naszą moc, skupienie i mentalność. Możemy pokonać wszystkich rywali w grupie. Jeżeli mamy odpaść to jedynie w fazie pucharowej. To mój cel na lato.

Holandia jest w grupie z Kamerunem, Japonią i Danią. Przetrwanie zatem nie wydaje się ciężkie…

Zaraz, zaraz… Nie traktujmy tego w ten sposób. Dania przetrwała Portugalię, Szwecję i Węgry. Japonia to ciężki rywal. Kamerun jest silny fizycznie i dobrze zorganizowany. To parę powodów dla których nie powinniśmy ich lekceważyć. To wszystko zależy od psychicznego przygotowania. Jeśli moi gracze pomyślą jak Ty, mogą to przegrać. Nie ma łatwych meczy. Potrzebuję aby moi zawodnicy byli w 100% skupieni i gotowi na wszystko. Nie ważne czy gramy z Kamerunem, Nową Zelandią czy Brazylią. Nie możemy nikogo lekceważyć!

foto:Fifa.com

 
1 , 2 , 3 , 4
Paweł Mikulski

Polskie centrum kibiców Portowców!  Polski serwis o PSV. Blogi Sportowe
Najlepsza wyszukiwarka mp3